Rosyjska droga do pokoju wiedzie przez podbój. Siergiej Ławrow wciela się w rolę zbieracza „historycznych ruskich ziem”. Władimir Putin ogłasza budowę strefy buforowej na granicy z Ukrainą, a Dmitrij Miedwiediew – jak zwykle na granicy absurdu – sugeruje, że cała Ukraina mogłaby się nią stać, jeśli Zachód nie przestanie jej wspierać. W tym samym czasie Anton Kobiakow, doradca Putina, podczas forum prawniczego w Petersburgu kwestionuje legalność rozwiązania ZSRR i snuje fantazje o tym, że Związek Sowiecki nadal istnieje – przynajmniej w świetle prawa. A skoro tak, to konflikt z Ukrainą to nic innego, jak „sprawa wewnętrzna”. Nowa fala pseudohistorycznych i pseudoprawnych manipulacji pojawiła się tuż przed największą od miesięcy falą nalotów na Kijów i inne miasta Ukrainy Jednocześnie Rosja rusza z ofensywą na kilku odcinkach frontu. Kreml nieustannie daje do zrozumienia: nie interesuje nas pokój, ale podbój. Tak jak w 2021 r. Putin ideologicznie przygotowywał grunt pod inwazję, pisząc o „jednym narodzie”, tak dziś jego ludzie kontynuują tę narracyjną rekultywację, aby użyźnić glebę pod zasianie pożądanego rezultatu wojny. W żadnym innym kraju elity polityczne nie spędzają tyle czasu na historiozoficznych dywagacjach. Ławrow – specjalista od imperialnej archeologii 23 maja 2025 r. zabrał głos na konferencji pod znamiennym tytułem „Historyczne ziemie rosyjskie: tożsamość narodowa i samostanowienie narodów”. Cel? Uzasadnić agresję historycznie i prawnie oraz wysłać zgromadzonym rosyjskim dyplomatom sygnał „ani kroku wstecz”. Ławrow rozpoczął klasycznie: Zachód i władze Ukrainy od lat zniekształcają historię Rosji i dążą do skłócenia „rosyjskich narodów”. Trudno nie usłyszeć echa sloganu „Ein Volk, ein Reich, ein Führer” – z poprawką na wersję moskiewską: „Trójjedyny naród, jedna Rosja, jeden Wódz”. Dla Ławrowa Związek Sowiecki to po prostu Rosja, a więc jego rozpad, czyli „największa geopolityczna katastrofa ubiegłego wieku” to rozpad Rosji. A jeśli dorzucić ostatnie tezy o „ciągłości prawnej” ZSRR – uzyskujemy klarowny obraz ambicji Moskwy: rewizję granic i ustrojów. Ławrow uderza w byłego prezydenta Ukrainy Łeonida Kuczmę, który ośmielił się w 2003 r. napisać książkę „Ukraina to nie Rosja” – według Ławrowa „pseudonaukową próbę stworzenia Ukraińców”. Putin twierdził, że Ukraina to twór Włodzimierza Lenina; Ławrow dostrzegł w niej rezultat intrygi Zachodu. Obaj odmawiają narodowi ukraińskiemu prawa do istnienia – a więc, według ich pokrętnej logiki, nie ma czego niszczyć. Ukraina to iluzja, a Rosja jedynie przywraca rzeczywistość. „Naszą odpowiedzią na kłamstwo jest prawda” – przypomina Ławrow, nawiązując do słów Putina. A ta „prawda” głosi – trawestując nieco wypowiedź ministra - że cała dzisiejsza Ukraina, to od zawsze była perła Imperium Rosyjskiego i ZSRR, której mieszkańcy trafiali na szczyty władzy. Ot, choćby towarzysz Leonid Breżniew – duma obwodu dniepropietrowskiego – który zaczynał na Ukrainie, a skończył na Kremlu. Lamenty imperialne Ławrow nie krył emocji, gdy krytykował niewdzięczną Ukrainę za deimperializację przestrzeni publicznej, czyli usuwanie pomników Katarzyny II, Aleksandra Suworowa, Aleksandra Puszkina czy dowódców Armii Czerwonej (ciekawe, że litania nie zawierała Lenina). Do znudzenia powtarzał mity o rzekomym uciskaniu ludności rosyjskojęzycznej, nie wspominając oczywiście ani słowem o rusyfikacyjnej polityce okupantów – likwidowaniu ukraińskiej kultury, języka, symboli. Przywołał również putinowską obsesję, że Ukraina to „anty-Rosja” i odwołał się do moralnego prawa „przywracania historycznej sprawiedliwość”, czyli – mówiąc wprost – wymazania Ukrainy z mapy. Snucie tych wizji ma znieczulić wszystkich w Rosji na politykę anihilacji sąsiada. Ławrow grzmiący o „wyniszczaniu wszystkiego, co rosyjskie” na Ukrainie, odwracający kota ogonem, z agresora robiący ofiarę, zdradza rzeczywiste zamiary Kremla: Brzmi to znajomo, bo to niemal kalka retoryki Wiaczesława Mołotowa z 1939 roku, który tak między innymi tłumaczył agresję ZSRR na Polskę, „bękarta traktatu wersalskiego”. Fikołki prawne Rosja od lat z premedytacją łamie prawo międzynarodowe, a jednocześnie obsesyjnie udaje legalistę. Ławrow znowu zabawił się w konstytucjonalistę: wywodził, że władze Ukrainy nie mają mandatu, że przewrót w 2014 r. był nielegalny, że rządzi junta. Dał do zrozumienia, że Rosja nie zamierza pogodzić się z istnieniem obecnych władz w Kijowie, ani z porządkiem prawnym, jaki ustanowiły na Ukrainie. Dopiero zmiana rządu i ustroju Ukrainy miałyby umożliwić pokój. W jego słowach pada jasne ultimatum: Czyli: nawet po wojnie Ukraina nie może zachować śladów suwerenności. Ławrow następnie wcielił się w prawnika międzynarodowego, przywołując wygodne fragmenty Deklaracji ONZ o zasadach prawa międzynarodowego z 1970 r. o prawie do samostanowienia (dla swoich, nie obcych), a pomijając takie normy jak nienaruszalność granic, poszanowanie suwerenności państw, zakaz użycia siły i nieinterwencji w sprawy innych państw. Warto na moment zatrzymać się przy prawnym kuriozum ze wstępu, jakim jest teza o ciągłym istnieniu ZSRR. Nie chodzi tu wcale o żadną poważną debatę prawniczą – Kreml nie szuka argumentów, tylko pretekstu. Celem jest stworzenie fundamentu pod przyszłe decyzje polityczne, takie jak ewentualne wycofanie uznania międzynarodowego dla państw powstałych po rozpadzie imperium, zwłaszcza Ukrainy i Białorusi. W takim scenariuszu idea „trójjedynego narodu” – Rosjan, Białorusinów i Ukraińców jako jednego organizmu – zyskałaby nie tylko wymiar ideologiczny, lecz także formalno-prawny. Kompromis według Kremla Suma narracji Ławrowa, Putina i Miedwiediewa daleko wykracza poza warunki znane z niedoszłych porozumień stambulskich z 2022 r. Ograniczenie wielkości sił zbrojnych, pozablokowy status, zmiana porządku konstytucyjnego – to już nie wystarcza. To tylko pierwszy krok do „ostatecznego rozwiązania” kwestii ukraińskiej. Cała trójka mówi otwarcie: warunkiem pokoju jest pełna kapitulacja Ukrainy, czyli de facto odłożony w czasie podbój. Wojna będzie trwać, dopóki Rosja nie osiągnie tych celów. Obcesowo odrzuca ofertę rozmów w Watykanie. Widać jak na dłoni, że wyrażana przez Putina gotowość do rozmów to wyłącznie gra pozorów, kupowanie czasu od rozchwianej amerykańskiej administracji. Brak zdecydowanej reakcji rozzuchwala Putina – stąd fale ataków na Kijów i przygotowania do tworzenia „stref buforowych”. Miedwiediew - w swoim stylu troglodyty – rzuca jeszcze poważniejsze groźby, by na jego tle Putina wypadał na umiarkowanego. Tymczasem Donald Trump w jednym oświadczeniu ogłasza, że ma „bardzo dobre relacje” z Władimirem Putinem, za chwilę, że ten „chyba zwariował”, w kolejnym zdaniu, że Wołodymyr Zełenski musi zmienić sposób wyrażania się, a tak w ogóle to nie jest jego wojna. Nie rozumie lub nie chce zrozumieć, że szaleństwa w rosyjskich działaniach za grosz, tylko czyste wyrachowanie. Kreml od miesięcy konsekwentnie realizuje założony cel, że to agresor ma podyktować warunki ofierze. Oto rosyjska definicja kompromisu. Ernest Wyciszkiewicz dla Belsat