Na alei Rustawelego w Tbilisi powiewają flagi Unii Europejskiej obok gruzińskich i ukraińskich. „Chcemy do Europy” – powtarzają protestujący, którzy od ponad 470 dni codziennie wychodzą pod parlament, oskarżając władzę o skręt w stronę Moskwy. Dla wielu z nich integracja z UE to nie geopolityka, lecz gwarancja wolności i przyszłości bez strachu. Kilkanaście metrów stąd na jarmarkach bez większych emocji sprzedaje się popiersia Stalina. W kraju, który sam doświadczył rosyjskiej agresji i okupacji 20 proc. terytorium, postać zmarłego dokładnie 73 lata temu sowieckiego dyktatora wciąż budzi dumę części społeczeństwa. Gruzja stoi więc w rozdarciu: między europejskim marzeniem młodego pokolenia a nieprzepracowaną przeszłością, która wraca w najmniej oczekiwanym momencie.